Sztuki o emocjach i randkach - autorskie scenariusze i współczesny dramat polski
Jeżeli szukasz intrygujących, życiowych i pełnych prawdy tekstów, to trafiłeś idealnie. Jako autorka tworzę współczesny dramat polski, który koncentruje się na najważniejszych relacjach międzyludzkich. Moje scenariusze teatralne to przede wszystkim sztuki o emocjach i randkach, które zmuszają do śmiechu, refleksji i empatii. Zapraszam Cię do poznania mojej dramaturgii, w której codzienność jest traktowana z humorem i głębokim wglądem psychologicznym.
"Personifikacja miłości i rozpaczy" - dialogi o randkowaniu w teatrze i scenariusz teatralny komedia
Chcę, żebyś zobaczył, że teatr może być bardzo bliski Tobie i Twoim doświadczeniom.
Jednym z moich najciekawszych projektów jest scenariusz teatralny komedii, który dotyka tematu poszukiwania bliskości. W mojej twórczości często pojawia się personifikacja miłości i rozpaczy, dzięki czemu emocje nabierają fizycznego kształtu. Dialogi o randkowaniu w teatrze są żywe, szybkie i pełne autoironii. Mam nadzieję, że czytając je, poczujesz się, jakbyś słuchał rozmów przy stoliku obok – tylko śmieszniejszych i mądrzejszych.
Sztuka teatralna o kobiecie przed randką - monodramy polskie i teksty do wystawienia
W moich zbiorach znajdziesz zarówno duże teksty teatralne do wystawienia z rozbudowaną obsadą, jak i kameralne monodramy polskie, które są idealne dla jednego, charyzmatycznego aktora. Szczególnie polecam moją sztukę teatralną o kobiecie przed randką – to głęboki, ale zabawny portret współczesnej singielki. Niezależnie od tego, czy szukasz materiału dla dużej sceny, czy małej etiudy, mam dla Ciebie coś unikalnego.
BURZA UCZUĆ
Osoby:
Klara
Love – odziana w róż personifikacja miłości
Rozpacz – ubrana w czerń personifikacja zawiedzionej miłości
Nadzieja- spowita zielenią personifikacja pragnienia miłości
Scena 1
Młoda dziewczyna w krótkiej halce siedzi przed toaletką i tuszuje rzęsy. Z radia płynie cicha romantyczna melodia. Dziewczyna co jakiś czas nerwowo spogląda na zegar na ścianie. Nagle zrywa się z taboretu i biegnie do łazienki. Po chwili słychać przeciągły pisk poirytowania. Z sąsiedniego pokoju do salonu wchodzi powłóczystym krokiem dziewczyna w jasnozielonej zwiewnej sukience. Zasiada przed toaletką i zaczyna fryzować włosy w kok. Przegląda się kokieteryjnie w lustrze. Z łazienki dochodzą odgłosy spadających drobiazgów.
Nadzieja:
Klaro? Jesteś już gotowa? Została ledwie godzina…
Klara:
Ile?! Matko jedyna, nie zdążę! Nie zdążę, gdzie to jest…
(Klara wypada spanikowana z łazienki.)
Klara:
Nadzieja, w tobie moja ostatnia nadzieja, skończyły się waciki, tusz mi się rozmazał, chciałam zetrzeć, ale jeszcze gorzej się rozmazał. Mateńko, wyglądam jak rozjechany borsuk.
(Spogląda w lustro przerażona.)
Ratuj, kupiłam wczoraj nową paczkę, ale z tych nerwów nie mogę sobie zupełnie przypomnieć, gdzie je schowałam.
Nadzieja:
Bo nie trzymasz porządku w mieszkaniu.
Klara:
O, mylisz się, właśnie postanowiłam gruntownie się zmienić i … sobie wszystko poukładałam. Problem w tym, że nie wiem, gdzie co położyłam.
Nadzieja:
Zmieniając siebie, nie zaczynaj od zmiany rzeczy na półkach. Poukładaj sobie w głowie.
Klara:
Kiedy ja mam szybsze ręce od myśli. Nadzieja, plisss, pomóż znaleźć, bo moja pierwsza randka będzie ostatnią. A ON mi się tak podoba!
(Nadzieja podchodzi do Klary, obejmuje ją ramieniem, w tle rozbrzmiewa utwór J.S. Bacha Air. Obie zapatrują się w widownię niewidzącym, rozmarzonym wzrokiem.)
Nadzieja:
Piękny, młody, niezajęty. Muskulatura, jak u Adonisa, złoty lok nad inteligentną twarzą… gracja w ruchach, dżentelmen w obejściu …
(Klara wzdycha rozmarzona.)
Nadzieja:
Do ideału brakuje mu tylko tego, żeby był ślepy jak kret!
Klara:
(Spogląda na nią zaskoczona.)
A na co mi ślepiec?
Nadzieja:
Bo tylko TAKI pokocha TAKĄ wariatkę, jak ty.
Klara:
Nadzieja! Ale z ciebie przyjaciółka! Jesteś od tego, żeby budzić we mnie nadzieję na miłość, a nie by mi ją odbierać.
Nadzieja:
Jasne, jasne…
Przecież po każdym twoim rozstaniu powtarzam ci, że: trafi swój na swego… trafi się ślepej kurze ziarno…
Klara:
…i – nie zapomniałam- każda potwora znajdzie swego amatora…
Nadzieja:
Chciałam być pomocna.
Klara:
To pomóż teraz, bo zamiast ślepej kury widzę w lustrze obraz nędzy i rozpaczy.
Nadzieja:
(Ogląda się na drzwi za sobą.)
No, no, no, nie wywołuj wilka z lasu
(Drzwi otwierają się z impetem, na scenę wkracza poważna brunetka w małej czarnej, fryzurę ma stylizowaną na lata dwudzieste, krótkie proste włosy, grzywka na czole. W ręku trzyma długą fifkę na papierosa.)
Rozpacz:
Jestem. Już czas?
Nadzieja:
(Stara się ją wypchnąć z powrotem za drzwi.)
Jesteś tu bynajmniej zbyteczna, nic się takiego nie dzieje. Na razie mamy widoki na udaną randkę.
Rozpacz:
(Przedziera się przez ramiona Nadziei i zagląda w twarz Klarze.)
Z tym makijażem? Odpada! Marne szanse, no way.
(Mówi przeciągle, sadowiąc się wygodnie na sofie.)
Klara:
(Pyta żałośnie, spoglądając w lustro.)
Powiedz, że nie jest tak źle.
Rozpacz:
Ależ skąd, pod warunkiem, oczywiście, że masz randkę w piwnicy ze spaloną żarówką. Czarnego w czarnym nie zobaczy.
(Klara przetrząsa szuflady toaletki.)
Gdzie ja wsadziłam te cholerne waciki! Nadzieja, pomagaj, plisss, bo czuję, że ogarnia mnie rozpacz.
Rozpacz:
Do usług
(Podrywa się z kanapy z otwartymi ramionami, ale powstrzymuje ją Nadzieja.)
Spoko, spoko, zaraz do tego dojdziemy. Robiłaś generalne porządki, bo chciałaś uporządkować swoje życie…
Klara:
Tak, zacząć wszystko po nowemu, oczyścić aurę wokół siebie.
(Zatacza w krąg ręką.)
To miałam być taka inna ja, która spodoba się mężczyznom. Wiecie, poprzednia jakoś nie miała wzięcia u fajnych facetów, więc może taka odświeżona szybciej przyciągnie kogoś wartościowego. Jak to mówią, swój ciągnie do swego. Chcesz mieć kogoś poukładanego, zaradnego, oszczędnego; sama taka musisz być.
Nadzieja:
Więc poukładałaś już siebie?
Klara:
Siebie jeszcze nie, nie zdążyłam, bo zajęłam się układaniem w mieszkaniu. Tak wszyściutko po nowemu, każda rzecz w nowym miejscu, jak… dla kogoś innego. I teraz za groma niczego nie mogę znaleźć.
Rozpacz:
Ja w cudzym mieszkaniu też bym niczego nie znalazła. A zegar tyka; tik tak, nieubłaganie. Czas leci. Jeszcze się spóźnisz. Z takim make up’em nie pójdziesz, a zanim znajdziesz waciki; pewnie jeszcze, znając ciebie, płyn do demakijażu wylejesz, i na pewno na siebie, ubranie pobrudzisz, trzeba będzie się przebrać, to znowu czas poleci. Nim wybierzesz nową kieckę, namalujesz sobie twarz, którą nie wstyd będzie światu pokazać, a co najważniejsze, żeby chłopa nie wypłoszyła, No, to jak amen w pacierzu absztyfikant się znudzi czekaniem, pomyśli żeś go wystawiła rufą do wiatru i odpłynie ciemną nocą do innego portu. A jak wiadomo, nocą budzą się nie tylko potwory, ale i żądze, a taki wygłodniały mężczyzna łatwo ulegnie pokusom wszechobecnych syren…Młodszych… i z nienagannym makijażem.
Klara:
Rozpacz, ja cię kiedyś zaduszę, nikt tak nie potrafi zdołować jak ty. Przy tobie zaczynam zajadać smutek.
(Wpycha sobie ciasteczko do ust, drugie podaje Nadziei.)
Rozpacz:
Dbam o równowagę twoich uczuć. Wpadasz w te swoje euforie, żywisz nadzieje, rozdymacie się, ty w kilogramach, ona w swojej wielkości. A potem – klops! Wielkie nadzieje, wielka dupa, wielkie nic!
Klara:
To twoja wina, jem z rozpaczy.
Rozpacz:
Ale na randkach desery z przyjemnością. A żyć rośnie.
Nadzieja:
Czekoladki to dowód miłości, słodki podarunek od ukochanego.
Rozpacz:
Dłuższa znajomość, szersza sukienka. Miłość cię szpeci, Klaro. Lepiej ci w dostojnej czerni. A propos, mam na zbyciu drugą małą czarną w sam raz na ciebie…
Nadzieja:
Szelma, nie upodobnisz jej do siebie. Klarze najlepiej jest w czerwieni.
(Płyną pierwsze takty piosenki Beattlesów: Love is all you need… (Love, love, love…)
Klara:
Miłość jest piękna!
(Na scenę wkracza Miłość-Love w czerwonej sukience.)
Dziękuję, dziękuję, czerwień to mój kolor. Jak bijące zgodnie serca, jak żar namiętności, czerwieniejące niebo o rosistym poranku. Miłość! Namiętność! Ogień!
Klara:
Love, powiedz, przyjaciółko, że to właśnie ten jedyny. Los wreszcie postawił go na mojej drodze, żeby odmienić smutne życie.
Love:
Ależ oczywiście, miłość jest ci przeznaczona. Ona cię zupełnie odmieni, uskrzydli, to ta na którą się czeka całe życie…
Klara:
Wolałabym tyle nie czekać…
DWA ŚWIATY
AKT I
Nowoczesne wnętrze o modnym wystroju w odcieniach bieli i szarości. Srebrne lampy i żyrandole z kryształkami. Nad komodą wielkie lustro w srebrnej, błyszczącej ramie. Pośrodku salonu nowoczesna szara kanapa z kilkoma cekinowymi poduszkami. Przed nią szklany stolik. Nowoczesny taboret ze stalowymi nóżkami. Całość w stylu glamour.
Słychać chrobot klucza w zamku. Przez drzwi wejściowe wchodzą dwie kobiety w wieku emerytalnym. Matka, szczuplejsza w beżowym, nijakim kostiumie, z włosami związanymi w kucyk. Sprawia wrażenie osoby niezamożnej i nieśmiałej. Wnosi i stawia na ławie dwie sznurkowe torby wypełnione zakupami. Druga, pani Haneczka, znacznie postawniejsza, ubrana jest bardzo wyraziście – czerwony żakiet i spódnicę w czerwone wzory.
Matka:
Cieszę się Haneczko, że mogę ci wreszcie pokazać mieszkanie Magdy.
Pani Haneczka:
Tyle się o nim nasłuchałam, że wydaje mi się jakbym je znała jak własną kieszeń. Ależ tu jest pięknie. Nie no, to przerasta moją wyobraźnię.
(Pani Haneczka nachyla się, by zdjąć buty.)
Matka:
Och nie, butów nie musisz ściągać i tak będę myła podłogę.
(Zaczyna wkładać do szafki ciasteczka i kartony soków.)
Pani Haneczka:
(Siada na kanapie i głaszcze powierzchnię poduszek.)
Sprzątasz tu? Mówiłaś, że nigdy nie będziesz dorabiała na emeryturze.
Matka:
Bo nie dorabiam. Co w tym złego, że córce w wolnej chwili pomogę? Ona jest taka zapracowana. A widzisz jakie to duże mieszkanie. Zanim wróci z pracy, zje coś, kiedy miałaby odpoczywać, gdyby musiała jeszcze zaraz brać się za porządki? Ja tam w wolnej chwili przychodzę, pooporządzam trochę, ugotuję jak ona nie ma kiedy. Trzeba coś zjeść ciepłego, jak się cały dzień za biurkiem siedzi. Jeszcze by mi się dziecko z niedożywienia pochorowało.
Pani Haneczka:
Nie przesadzaj, nikt teraz głodny nie chodzi, a zwłaszcza taki, którego stać na nowe mieszkanie.
Matka:
Jak nie zje porządnie w domu, to się zapycha byle czym, aby szybko, co popadnie, fast foody jedzą, bez witamin. Na lichej ziemi liche drzewo wyrośnie. Kto o dziecko lepiej zadba, jak nie matka?
Pani Haneczka:
Ona własne dzieci mogłaby już mieć, po trzydziestce przecież jest. A ty ją niańczysz niczym przedszkolaka.
Matka:
Wiesz jakie są czasy, teraz młodzi robią karierę. Muszą odłożyć dzieci na później, bo w pracy konkurencja nie śpi. Tylko patrzą, żeby wskoczyć na co lepsze stołki, a jak już siedzą, to od pracy nie odchodzą, żeby im kto stołka nie podsiadł.
Pani Haneczka:
Mieszkają też inaczej niż my w ich wieku. Magda ma piękne mieszkanie. Jak to wszystko błyszczy. Chociaż u nas było bardziej domowo, przytulnie. Bardzo lubiłam babcine poduszki, takie wiesz, ręcznie dziergane na szydełku, zszywane z małych kwadracików.
Matka:
(Zabiera się za wycieranie kurzu na bibelotach.)
Teraz młode panny nie zajmują się robótkami ręcznymi, żal im czasu, jak w sklepie można kupić.
Pani Haneczka:
Kiedyś w sklepach niczego nie było, więc każda kobieta była świetną gospodynią. A jaką samowystarczalną. Sama skroiła, uszyła, upiekła, wydziergała. Teraz tylko portfel wyciągają i same płacą. Jak się guzik oberwie, bluzka na szwie puści, zamiast zszyć, nową kupują.
(Ogląda dolny guzik u swojej marynarki. Wyciąga z torebki igłę i nić i zaczyna go przyszywać.)
Matka:
Nas niedostatek nauczył szanować każdą rzecz. Jak się psuło, to się naprawiło. U nas się półki od nadmiaru nie uginały.
Pani Haneczka:
W mojej kuchni stoi 30-letnia lodówka, a ja się cieszę, że jeszcze działa, bo teraz nowe jeszcze na gwarancji naprawiasz. Co roku nowa moda na kolory, sprzęty kuchenne, meble.
Matka:
Prawda. Dawniej się człowiek na wersalce w dzień wysiedział, w nocy wyspał i był zadowolony, że do srebrnego wesela wytrzymała. A co starsi to szafy po dziadkach mieli.
Pani Haneczka
Pamiętam, pamiętam. U nas też taka była. To były pojemne meble. Płaszcze całej rodziny powiesiłaś, na półkach ułożyłaś całą resztę ubrań i jeszcze na dnie znalazło się miejsce na zapasy cukru i słoiki z ogórkami.
Te dzisiejsze meble zupełnie niepraktyczne. Przystawiasz mebel do ściany a on jak tapeta cienki. Półki takie wąskie, że na trzy części bluzki składam, bo się nie mieszczą. Trzeba by w rulon zwijać, inaczej z półki zwisają. Dobrze, że mam ich niewiele, bo musiałabym w wersalce trzymać.
Matka:
(Wskazuje kolejne przedmioty.)
Meble cieńsze, telewizor cieńszy, wszystko pocieniało. Jak swój pierwszy telewizor kupiliśmy, tośmy wiedzieli na co ciężko zarobione pieniądze wydaliśmy. To się w rękach czuło.
Pani Haneczka:
O, niejeden i w krzyżu poczuł. Pamiętasz naszego sąsiada, Łuczenkę, przecież mu dysk wypadł podczas przesuwania komody babce Łuczenkowej.
Matka:
Piękny był mebel. Nadstawkę miał z kryształowymi szybkami. Łuczenkowa w niej całą zastawę stołową trzymała. Jak na jakiej wystawie sklepowej.
Pani Haneczka:
(Odgryza nić i chowa przybory do szycia w torebce.)
Bo to była ta paradna, zastawa od święta. Wyciągana na wigilie i Wielkanoc, na co dzień jedli z tej zwyczajnej.
Matka:
Talerze z zielonym paskiem. Jadałam u niej, kiedy przychodziłam do Joaśki. Robiła nam zacierki na mleku z tartą dynią, jadłyśmy przy kuchennym stole. Takim starym drewnianym, z szufladką na sztućce pod blatem. Leżała na nim kraciasta cerata z powycieranym wzorem.
Pani Haneczka:
Joaśka zawsze kompot wylewała, zostawały na niej klejące kółka po szklance. Łuczenkowa kazała jej tę ceratę do czysta wycierać. Przynajmniej się dziewczyna porządków nauczyła.
Matka:
(Siada przy pani Haneczce na kanapie.)
Cerata na stole to teraz rzadkość. Zamiast obrusów kładą na blatach podkładki, filcowe nakładki. Wszystko jakby było, ale okrojone, udaje coś czym nie jest.
(Obie podnoszą ze stolika i oglądają pod światło sztywne, ażurowe podkładki.)
Pani Haneczka:
Młodzi urządzają jak z żurnala. Takie lampy (wskazuje na wyposażenie salonu), bo pasują do stolika, kolor kanapy podpada pod meble. Myśmy nie mieli wyboru, brałaś, co było, nikt nie patrzył, czy mu kolor kanapy do wystroju pasuje.
Matka:
Czasy były inne. Ludzie gościnni. Nikt przybysza za progiem nie trzymał. Przyszłaś do sąsiadki o coś zapytać, otwierała drzwi na oścież i zapraszała do mieszkania. Nieważne czy prała, czy gotowała. Siadałaś obok, a ona swoje robiła. Obgadało się sprawę, wymieniło się przy tym przepisami, która jak co robi, i nie było z tym problemu.
Pani Haneczka:
Bo się ludzie między sobą niewiele różnili. Ci z jednego podwórka podobnie zarabiali, nikt się nie wywyższał. I większa pomoc sąsiedzka była. Nie wstydzili się pójść po pomoc, poradę. Pamiętasz, Kasiu, jak nasi ojcowie odpalali na popych auto Winclowi?
(Obie się śmieją.)
Matka:
Trzy razy obiegli dookoła podwórko, a silnik nic. Kiedy biegli, dołączyły za nimi wszystkie dzieciaki z podwórza. I tak lecieli; auto na popych i ogon dzieciaków, buczących jak silnik.
Pani Haneczka:
A w oknach wszystkie sąsiadki. Toż to było widowisko. Mój ojciec dla żartu pytał potem Wincla, ile dzieciaków buczy mu pod maską i ile dzieciaków trzeba do osiągnięcia setki na godzinę.
Matka:
To było jedyne auto na podwórku. Jak ktoś pytał o Wincla, to wystarczyło, że powiedział –
„ten stolarz, co syreną jeździ”. Od razu wiadomo było, o kogo chodzi.
Pani Haneczka:
Ale zabił się w tym aucie biedaczyna. Gdzieś w poślizg wpadł i zderzył się z węglarzem, co na naszej dzielnicy węgiel rozwoził. Tak to postęp ludzi zabiera.
Matka:
Stare auta nie były tak bezpieczne jak dzisiejsze. Nikt nie słyszał o zagłówkach, poduszkach powietrznych, bocznych kurtynach, ABS-ach, jakiejś tam trakcji…
Pani Haneczka:
O, Kasiu, skąd ty tyle wiesz o autach? Nigdy własnego nie miałaś. A może kupujesz?
Matka:
Ja nie, Magda chce sobie kupić, pokazywała mi katalogi, coś tam poopowiadała, więc mi w głowie zostało.
Pani Haneczka:
Przecież ona ma ładne, nowe auto. Na co jej drugie? A i Robert jakimś jeździ. Też nie najgorszym.
Matka:
Jeżdżą, ale to nie są ich samochody, tylko służbowe.
Pani Haneczka:
A to jakaś różnica? Auto to auto, każde jedzie.
Matka:
Ano, jest różnica. Służbowe mają GPS-y i mogą nim jeździć tylko do pracy, klienta, prywatnie do sklepu czy na urlop to już nie. Szef widzi, gdzie było jeżdżone. Widzi trasę. Dlatego Magda chce mieć własne, bo z Robert dużo podróżują, to im auto potrzebne. A ja mówiłam, żeby koniecznie bezpieczne było, bo tylu piratów po drogach jeździ, że strach na ulicę wyjść. Mówiła, że weźmie nowe z salonu, co ma najlepsze zabezpieczenia.
Pani Haneczka:
Dopiero to mieszkanie kupiła i już ją stać na samochód z salonu? Wincel na swoją syrenę latami odkładał. I ten dorobek życia razem z nim w jednej chwili przepadł.
Matka:
Na raty weźmie. Nikt teraz za gotówkę nie kupuje. Też by im nie starczyło. Mieszkanie i wyposażenie na kredyt, auto na raty.
Pani Haneczka:
Niby własne, a tak naprawdę cudze. Ech, za łatwo im teraz wszystko przychodzi. Myśmy kątem u rodziców mieszkali, nikt nawet o mieszkaniu, ot tak, na pstryknięcie palców nie liczył. Za to wszystko własne było. Pamiętam jak dziadek do skórzanego pugilaresu pieniądze odkładał na coś tam, na za kiedyś.
(Wspomina z rozrzewnieniem.)
Jak on planował, że sobie na to czy owamto wreszcie uzbiera, to jak pan pójdzie i gotówkę wyłoży. A i kupił potem cały garnitur mebli do sypialni. Sama dębina: dwa wielkie łóżka, szafa trzydrzwiowa, toaletka z taboretem i dwie szafki nocne. To jedno, co mi po dziadkach zostało. Wnuczek mówił, że to przeżytek, brzydactwo niemodne, żeby to sprzedać, to on mi segment nowoczesny kupi. Nie dałam się namówić. Mówię, mu: to pamiątka rodzinna, jak nie zepsuta, to stać u mnie będzie. Ja tam dobrego nie wyrzucam. A że niemodne? Moda jak fortuna kołem się toczy, jeszcze moje meble modne będą. Niedawno w antykwariacie widziałam podobne, jak zapytałam o cenę toaletki, to się okazało, że za cztery emerytury jej nie kupię. (Łapie się za głowę z przejęcia.) One się tak szybko nie rozpadną, jak te nowe z dykty, to może po sobie choć tyle dzieciom zostawię.
Matka:
Auto rzeczywiście nie nadaje się na spadek, ale mieszkanie ma swoją wartość.
Pani Haneczka:
Ma, kiedy, jeśli jest spłacone, i jest twoje. Inaczej długi dzieciom zostawisz. A właściwie to na kogo jest kupione to mieszkanie? Młodzi nie mają przecież ślubu?
Matka:
No… Magda wzięła na siebie, bo ona więcej zarabia, mogła większy kredyt dostać. Ale Robert jej sumiennie co miesiąc połowę raty dokłada. Zresztą on nie mógł zaciągać kredytu, bo dostał propozycję innej pracy … no i właśnie się przeniósł…
Pani Haneczka:
Więc i auto Ewa na siebie weźmie?
Matka:
Ale to zrobią tak samo, on jej będzie dokładał. A jak kwartalną premię dostanie, to jej nadpłaci kredyt. Potem będzie on spłacał.
Pani Haneczka:
Spłaci, nie spłaci – ja bym się bała. Tylu ludzi się rozwodzi. A jak on ją zostawi? Mężczyzna odchodzi, kredyt zostaje.
Matka:
(Zrywa się z kanapy. Zaczyna chodzić po salonie.)
Co też ty mówisz! On poza nią świata nie widzi. Też coś. Takiej żony to ze świecą szukać.
Pani Haneczka:
On chyba nie szuka, skoro z nią cztery lata pomieszkuje, nie oświadczył się. A że do kredytu się dokłada, to i za wynajęcie mieszkania też musiałby gdzieś płacić.
Matka:
Jesteś cyniczna.
Pani Haneczka:
Jestem realistką. Pamiętasz Suchacką, tę spod szóstki? Tyle lat była z Kowalikiem, jak stare małżeństwo. Niewielu wiedziało, że oni bez ślubu żyją, na nią to nawet Kowalikowa mówili zamiast Suchacka. Jak mu głowa posiwiała, a Suchackiej zdrowie siadło, chłop się zapadł pod ziemię. Dopiero go przez kuzyna odszukała. Znalazł się trzy ulice dalej w mieszkaniu u koleżanki z pracy. Suchackiej powiedział, że jej nie ślubował ani miłości, ani wierności do grobowej deski. Jest wolnym człowiekiem i robi co chce.
Matka:
(Wyciąga ze schowka mapa i zaczyna nerwowo wycierać podłogę.)
Robert nie wygląda na takiego.
Pani Haneczka:
Jakiego?
(Wyciąga ze schowka miotełkę do kurzu i obmiata kąty ścian. Kobiety pracują zgodnie, z widoczną wprawą.)
Matka:
Wyrachowanego.
Pani Haneczka:
Czy wygodnego? Mężczyźni są jak stare grube koty. Są leniwe, lubią ciepełko i święty spokój. Dają pozory przywiązania. Jednak, kiedy kobieta im się znudzi i zaczyna zbyt wiele wymagać, zmieniają kocyk na nowszy i pociągający nowością.
Matka:
Jesteś okropna. Stefan od ciebie odszedł, ale on nigdy nie był przykładnym mężem. Wiedziałaś o nim co nieco przed ślubem. I to cię nie otrzeźwiło z zakochania.
Pani Haneczka:
Dlatego teraz trzeźwo patrzę na świat. Zresztą żyję już dostatecznie długo, by naoglądać się ludzkich historii. Wszyscy nasi sąsiedzi to aktorzy w niekończącej się osiedlowej telenoweli. Wystarczy wyciągać wnioski. Nasi znajomi pobrali się, rozeszli, zeszli z kimś innym lub pozostali samotnikami z wyboru czy też braku kandydata na towarzysza życia. Ktoś się wzbogacił, inny przehulał wszystko, jak to mówią- panta rhei.
Matka:
A gdzie miejsce na romantyzm? Miłość, na którą wszyscy czekamy? Wokół tego kręci się życie. Każdy wierzy, że na jego drodze czeka ktoś mu przeznaczony. Czekamy na motyle w brzuchu. Z każdą wiosną, kwitnącymi na nowo kwiatami rozkwitają nowe nadzieje…
Pani Haneczka:
Wiesz, dlaczego emerytkom nie przystoi stroić się w romantyczne wianki? Bo ich kwiaty zwiędły wraz z ich więdnącą cerą.
Matka:
W tobie naprawdę umarła ostatnia cząstka uczuć, ty je depczesz, szyderstwem, oschłością… Nie powiesz mi, że nie ucieszyłby cię spacer w blasku księżyca, z zakochanym w tobie mężczyzną.
Pani Haneczka:
Po zmroku nie wchodzę z domu, wygrzewam reumatyzm. Wolę herbatę przed telewizorem. Przynajmniej mogę go wyłączyć, kiedy ja tego chcę. A chłop brzęczałby mi nad głową i nie masz na niego pilota z funkcją off.
Matka:
Jednak zawsze lepiej jest iść przez życie we dwoje. Każdy ciężar rozłożony na dwoje ramion waży tylko połowę. Smutna jest samotna starość. Im człowiek starszy, tym słabszy. Trzeba ciągnąć ten wózek pod górkę. W parze jedno ciągnie z przodu (obrazowo demonstruje ciągnięcie i pchanie wózka), drugie pcha za pakę.
Pani Haneczka:
W dwukonnym zaprzęgu też jeden koń może się obijać. I wtedy wóz skręca. Za młodu fruwa, podskakuje, na starość szuka wygodnego kąta.
Matka:
Jak ty nie wierzysz w ludzi. Popatrz na Lubelskich. Bardzo zgodne małżeństwo. Nawet odnowienie ślubów w kościele zrobili. Ona nigdy się na niego nie skarżyła. Odchowali dzieci. Rano razem na zakupy chodzą, po południu na spacery a…
Pani Haneczka:
(Z sapnięciem obie opadają na kanapę.)
…a wieczorem do kościoła. Cóż to za para – on jak jej cień. Co ona karze, on robi, gdzie go popchnie, tam idzie. On się nie buntuje, bo po co. Ona planuje, nakazuje, on wykonuje. Tak łatwiej. Nie musi niczego wymyślać, zastanawiać się. Ona mu życie ułożyła. Lubelski się temu poddał. Przywarł do niej jak cień i już stać prosto bez niej nie potrafi. Co on, biedak, w razie nieszczęścia bez niej zrobi?
Matka:
I znów przesadzasz. To jest bardzo zgodne małżeństwo. Mąż idealny, żonę uszanuje, posłucha dobrej rady, niekonfliktowy. Jeśli rzeczywiście zostałby biedak sam, to na pewno nie na długo.
Pani Haneczka:
Świat jest niesprawiedliwy dla kobiet. Zawsze bardziej zapracowane, a na starość statystycznie większa grupa kobiet walczy o względy samotnego mężczyzny.
Matka:
Tylko dlatego, że nie wszystkie związki się udają trzeba rezygnować z nich już na początku. Nie poznasz człowieka, dopóki nie przeżyjesz z nim tych lepszych i gorszych chwil. O tym przekonasz się dopiero w trakcie wspólnego życia. Magda z Robertem są razem cztery lata i nie słyszałam, żeby się kłócili. Widzisz, mają wspólne plany, dorabiają się, robią karierę. Mnie, jako matkę, może to tylko cieszyć. Wiem, że moje dziecko ma kogoś, kto o nią zadba podczas choroby…
Pani Haneczka:
No, właśnie… Co z operacją twojego kolana? Rozmawiałaś z chirurgiem. Co powiedział podczas ostatniej wizyty? Nie ma szansy na wcześniejszy termin?
Matka:
(Odruchowo zaczyna masować kolana.)
Niby jest, ale tylko prywatnie. Tłumaczyłam mu, jak bardzo boli mnie podczas chodzenia i klękania, ale powiedział, że skończyły się limity zabiegów. Teraz tylko prywatnie. Owszem, zapisałam się na za trzy miesiące, tylko nie mam naskładanej całej sumy.
Pani Haneczka:
Córka ci nie pomoże? Z tego co widzę, chyba mają pieniądze.
Matka:
(Speszona ukrywa, co naprawdę myśli.)
To się tylko tak wydaje. Mówiłam ci, że młodzi na raty i kredyty wszystko kupują. Co zarobią, muszą wydać, opłacić rachunki. Nikt gotowego grosza nie ma. Oczywiście, jeśli do operacji nie zbiorę pełnej sumy poproszę Magdę i na pewno coś zaradzi.
Ktoś z zewnątrz otwiera kluczem zamek w drzwiach. Wchodzi młody mężczyzna w garniturze ze skórzaną teczką. Rozmawia przez komórkę. Widząc kobiety, macha im na powitanie ręką. Nie przerywa rozmowy.
Robert:
Rozumiem pana obawy i to, że już pan kiedyś stracił na akcjach, jednak proszę mi wierzyć jesteśmy firmą z wieloletnią tradycją, naszych klientów ogląda pan na co dzień w telewizji, choć my się tym nie chwalimy. Bo firma, która się reklamuje szuka klientów, my nie szukamy, to o nasze usługi zabiegają ci, którzy chcą pomnożyć swój majątek. Pan myśli, że każdy celebryta żyje z tego, co zarobi w telewizji. Oni lokują u nas kapitał, my nim obracamy. Ostatnio było głośno o tym dziennikarzu, co się woził czerwonym porsche, co je rozbił na krajówce… Dokładnie tym! Ja, proszę pana, pamiętam, jak mi mówił, że to będzie wisienka na torcie jego kolekcji w garażu. To ja, proszę pana, sprzedałem mu akcje, obiecałem 12 procent zysku, a one podskoczyły jeszcze dodatkowo o 3 punkty. To dzięki mnie kupił sobie to auto.
(Słucha rozmówcy, kiwając głową.)
Pani Haneczka:
(Mówi do Matki ściszonym głosem, pokazując na Mariusza.)
Ho, ho, ho, nie wiedziałam, że to świat wielkich finansów. Poznałaś już jakichś celebrytów?
Matka:
A skąd, on się z nimi kontaktuje służbowo, nikt do nas nie przychodzi.
Robert:
Panie Solski, czy rzeczywiście taki biznesmen potrzebuje porad żony? W interesach zasięga pan jej opinii? No, chyba nie, co by powiedzieli pańscy wspólnicy biznesowi, gdyby się dowiedzieli, że to pana żona, a nie pan ma decydujący głos w ich interesach. Obiecujemy jak na razie 10 procent zysku. Po ostatnich pożarach w Australii popyt na drewno podskoczy, co wywinduje ceny proponowanych panu akcji. Załapie się pan na hossę, zyski miło pana zaskoczą.
(Robert chodzi po salonie i potakuje do słuchawki. Kobiety usuwają się pod ścianę.)
Matka:
Odkąd zmienił pracę ciągle wydzwania do klientów, biedak nie ma wolnego czasu. Mówi, że giełdy w Nowym Yorku, Tokio czy Londynie pracują w innej strefie czasowej niż nasza.
Pani Haneczka:
Aż dziw bierze, że niedawno pracował w ubezpieczeniach, a teraz taki oblatany w giełdach, akcjach. Musi być tęga głowa matematyczna. Jak to wszystko skalkulować, jak to oszacować, mnie by się taki zięć przydał.
Robert:
Wierzę, że podejmie pan dobrą i szybką decyzję. Tłumaczyłem panu, że to wyjątkowa okazja, żal byłoby nie zarobić przez ociąganie. Mnie też obowiązuje limit czasu na zamrożenie akcji. One muszą zarabiać, a czekanie to strata na giełdzie. Dam panu tylko kwadrans na zastanowienie, bo jeśli się pan waha, to muszę je puścić komuś odważniejszemu, kto podejmie grę. Jeszcze raz panu przypominam, że ten pakiet akcji trafił do obrotu tylko dlatego, że spadkobiercy właściciela chcą podzielić majątek i go spieniężają. W innym przypadku one nigdy nie trafiłyby do obrotu, bo to za dobry interes. Mam zgłoszenie od innego naszego klienta, który jest zdecydowany na kupno, a ja je trzymam dla pana tylko z uwagi na dłuższą z panem współpracę. Czekam zatem na pana decyzję. Zadzwonię za kwadrans. I proszę pamiętać, że nikt nie da panu lepszej oferty, 10 procent od 70 tysięcy daje zysk 7 tysięcy. Może pan zarobić i więcej. To zależy tylko od pana. W biznesie, żeby zarobić trzeba być agresywnym i mieć jaja. Odliczam, więc czas. Do usłyszenia.
(Rozłącza się.)
Matka:
Robercie, poznaj moją przyjaciółkę z dzieciństwa, Hanię.
Robert:
(Wita się niedbale, z ulga rozluźnia krawat, jest raczej przybity. Widać, że kiepsko idzie mu w interesach.)
Miło mi poznać.
Matka:
Pomagała mi przynieść zakupy, bo Magda mówiła, że spodziewacie się wieczorem gości, a ona nie zdąży nic kupić.
Robert:
Zapomniałem, Basiu jesteś nieoceniona, wpadną znajomi z pracy, a tu jeszcze nic nie gotowe. Ja, jak słyszałyście, mam gorące rozmowy na linii. Czas to pieniądz, muszę cisnąć klientów, żeby zamknąć tematy. Inaczej nie zarobię na premię.
Pani Haneczka:
Z tego co słyszę, oni też zarobią.
Robert:
(Robi niewyraźną minę. Po chwili przytakuje z energią.)
Hym… No, naturalnie, po to im składamy oferty. No… To są wielkie pieniądze… Całe tysiące, setki tysięcy… wielkie kwoty.
(Stara się ukryć kłamstwa).
Pani Haneczka:
A emerytka, taka jak ja, mogłaby zainwestować w akcje? Mam zaskórniaki, niewiele, ale może akcje dadzą mi większy profit niż lokata w banku.
Robert:
(Wyraźnie strapiony. Chce wyłgać się z niewygodnej propozycji.)
Raczej nie u nas w firmie. My inwestujemy duże sumy. Nie zajmujemy się drobnicą. Moi klienci to właściciele firm. Nie jesteśmy detalistami. Kupujemy i sprzedajemy pakiety akcji, nie handlujemy na sztuki.
Pani Haneczka:
(Podchodzi do niego nieśmiało, z szacunkiem, jak do kogoś niezwykle wpływowego.)
Ale w banku proponowali mi akcje, mam 14 tysięcy na koncie, i pani powiedziała mi, że to wystarczy. Chociaż nie obiecywała takich wysokich zysków jak pan.
Robert:
14 tysięcy, mówi pani (zawahał się, widać wewnętrzną walkę ze sobą). Ja nie mogę inwestować pieniędzy rodziny ani znajomych, bo to niezgodne z etyką zawodową. Wie pani, korupcja, zachowywanie dla siebie najlepszych ofert i wykup ich przez podstawione osoby.
Matka:
(Staje za panią Haneczką.)
Moimi pieniędzmi też nie chciał obracać, chociaż kiedyś, założył mi lokatę.
Robert:
Oj, Basiu, to są zupełnie inne światy. Nie można tego porównywać tak jeden do jednego. Już ci to poprzednio tłumaczyłem.
Matka:
Tłumaczyłeś, jednak te bankowe zawiłości trudno zrozumieć i to bankowe nazewnictwo nic mi nie mów. Im więcej tłumaczysz, tym mniej rozumiem.
Robert:
Dlatego powinnaś mnie po prostu posłuchać, kiedy mówię, żeby nie inwestować, to nie kupować i koniec tematu…
Matka:
Mnie odradzałeś, a słyszałem jak to samo zachwalałeś temu Kulińskiemu od fermy drobiu.
Robert:
(Zaczyna chodzić po pokoju, nerwowo pociera czoło. Kobiety idą za nim krok w krok.)
Zachęcałem go, bo on nawet po stracie w dłuższym czasie inwestowania odbije sobie z nawiązką.
Matka:
Jak ja stracę to też powinnam odbić się na tych samych akcjach.
Robert:
(Coraz bardziej zmieszany.)
Kiedy mały udziałowiec traci, to traci całą gotówkę, bo akcje są na minusie. Duży udziałowiec dopłaca, dokupuje akcje albo je zamienia. I nadal jest w grze! Przychodzi hossa i zalicza wzrost, zarabia.
Pani Haneczka:
A ja myślałam, że jak tracą to wszyscy: bogaty dużo – biedny mało, a jak zarabiają, to podobnie: bogaty dużo – biedny mało. Wszyscy proporcjonalnie do wkładu.
Robert:
Właśnie dlatego potrzebni są doradcy inwestycyjni, bo finanse nie są takie oczywiste. (Mariusz podchodzi do toreb z zakupami leżącymi na ławie, zaczyna je przeglądać, jednak robi to by zmienić temat.)
A cóż tam, Basiu, smacznego kupiłaś?
Matka:
(Podchodzi do Roberta i wyciąga z torby wiktuały.)
Dostałam smaczną polędwicę, tę którą Magda tak lubi, serek, papryczkę. Zrobię wam koreczki, pamiętasz, takie same, co poprzednio. Magda mówiła, że gościom bardzo smakowały.
Robert:
Ja sam je bardzo chwaliłem. Poszły w try miga. (Łapie się za głowę.) Zapomniałem o winie. Muszę wyjść jeszcze do sklepu. Nic ci Basiu znów nie pomogę. Widzisz, ciągle coś nade mną wisi. Aha, telefon do klienta.
(Robert bierze telefon i odchodzi na bok. Wybiera numer i nasłuchuje.)
Pani Haneczka:
Myślałam, że idziesz do mnie na wieczór na remika. Ale nie będziesz miała chyba już dziś dla mnie czasu, skoro szykuje się przyjęcie.
Matka:
Ależ skąd, sprzątnę i zrobię przekąski, potem lecę do ciebie.
Pani Haneczka:
A przyjęcie?
Matka:
(Macha ręką, jakby od niechcenia, ale widać, że boli ją brak zaproszenia na przyjęcie, które pomaga organizować.)
Nie ja nie zostaję… Robert mówi, że to nie dla mnie towarzystwo, bo to osoby z pracy… i ja się będę nudzić…, bo i tak nic nie zrozumiem.
Pani Haneczka:
Też coś! Nie jesteś taka ostatnia, swój rozum masz.
Matka:
Nie zrozum tego źle, ja nawet nie chcę, oni mają swoje towarzystwo, ja swoje.
Robert:
Witam, panie Solski, mam nadzieję, że podjął pan ostateczną decyzję, bo mam naciski od szefa, żeby te akcje już poszły. Mamy zdecydowanego klienta na drugiej linii. Więc wóz albo przewóz. (Obie kobiety spoglądają na niego zaskoczone, potem na siebie zdezorientowane. Robert nie zwraca na nie uwagi.) Szybka decyzja, tak czy nie… (Słucha odpowiedzi.) W takim razie gratuluję mądrej decyzji. Proszę nam przesłać przelew, tak jak panu objaśniałem. Zaraz, zaraz sprawdzę pana numer klienta. (Wyciąga papiery z teczki, przegląda je i potakuje do słuchawki. Odkłada papiery na teczkę.) Do usłyszenia.
(Ociera z ulgą pot z czoła. Wypuszcza wolno powietrze z płuc, starając się uspokoić nerwy. Zwraca się do Matki.)
Przebiorę się i idę po to wino.
(Schodzi ze sceny drzwiami po prawej stronie. Pani Haneczka podchodzi do jego teczki i podnosi karteczkę.)
Pai Haneczka:
Popatrz, Basiu, jego wizytówka. Account manager, Robert Gabor, Trade Inwestment, jest adres i telefon do firmy. (Wpatruje się w wizytówkę, spogląda na Matkę i mówi ściszonym głosem). On nie może inwestować pieniędzy znajomych i rodziny, a gdybym tak sama zadzwoniła do firmy, to by nie wiedzieli, że się znamy.
Matka:
(Przejmuje wizytówkę z rąk pani Haneczki i mówi szeptem.)
Zostaw, bo się zorientuje, że mu zabrałaś.
Pani Haneczka:
Skąd, ma ich cały plik. Na pewno ich nie liczył. Pomyśl, jakie marne oprocentowanie mamy na lokatach bankowych. Gdybym dostała 10% od moich 14 tysięcy to mam dodatkowo 1400 złotych! Ty ze swoich pieniędzy też więcej byś wyciągnęła. Pomyśl tylko.
Matka:
A jak się dowie od kolegów, że zrobiłyśmy to za jego plecami? Słyszałaś, że oni nie biorą drobnicy.
Pani Haneczka:
Więc zainwestujmy wspólnie. Będzie większa gotówka. Może nas wówczas nie zlekceważą.
Matka:
Uważaj chyba idzie.
Kobiety odskakują od teczki. Pani Haneczka chowa wizytówkę do kieszeni płaszcza. Na scenę wchodzi Robert. Jest przebrany w dżinsy i inną marynarkę. Pakuje papiery do teczki.
Robert:
Nie wiem, kiedy wrócę, bo mam inwestora na mieście. Wracając kupię wino. Zadzwonię do Magdy, żeby ją uprzedzić, że się chyba spóźnię.
Matka:
A co z gośćmi?
Robert:
Ewa będzie na pewno na czas, to ich przyjmie. Wrócę jak tylko wszystko załatwię
(Wychodzi przez drzwi wejściowe do mieszkania)
Zaciemnienie. Koniec aktu I.
Dramaty polskie współczesne na scenie: relacje z premier teatralnych
Moją pasją jest, aby moje sztuki teatralne do wystawienia trafiały na scenę i żyły w kontakcie z widzem. Dlatego gromadzę relacje z premier teatralnych – recenzje, zdjęcia i nagrania z dotychczasowych wystawień moich tekstów.
Scenariusze teatralne dla szkół/amatorów - jak uzyskać moje teksty?
Moje scenariusze teatralne są dostępne dla każdego, kto czuje pasję do teatru. Stworzyłam dedykowane scenariusze teatralne dla szkół/amatorów, które są elastyczne i łatwe do zaadaptowania.